EBOOK: CZERWONA  GORĄCZKA. Marcus Slate. Thriller s-f. (czytaj fragment)

EBOOK: CZERWONA GORĄCZKA. Marcus Slate. Thriller s-f. (czytaj fragment)

25.00 PLN In stock Buy at Merchant

„CZERWONA GORĄCZKA” – thriller science-fiction – to spektakularna opowieść o planecie, która odzyskuje życie, o starożytnej technologii potężniejszej niż współczesna nauka i o ludziach zmuszonych zdecydować, czy ocalić teraźniejszość, czy zaryzykować wszystko dla przyszłości. XXII wiek. Mars miał być martwy. Tak przynajmniej sądzili wszyscy. Przez ponad dwieście lat ludzkość badała Czerwoną Planetę, wierząc, że jest jedynie zimnym, cichym grobowcem dawnego świata. Kiedy powstało podziemne miasto Eos Prime, wydawało się, że człowiek wreszcie pokonał ostatnią granicę. Trzy tysiące mieszkańców żyło bezpiecznie pod powierzchnią Marsa, chronionych przed zabójczym chłodem, promieniowaniem i bezkresną pustką kosmosu. Aż do dnia, w którym planeta zaczęła odpowiadać. Doktor Adrian Keller odkrywa coś, czego nie powinno być. Głęboko pod powierzchnią temperatura rośnie w tempie niemożliwym do wyjaśnienia. Czujniki wariują. Odwierty topią się od środka. W skałach pojawiają się drgania przypominające bicie gigantycznego serca. Potem przychodzi pierwszy wybuch. I następny. I kolejny. Mars zaczyna gorączkować. W miarę jak temperatura rośnie, podziemne tunele zamieniają się w pułapki, a całe sektory kolonii zostają odcięte od świata. W głębinach planety budzi się coś, co powinno pozostać uśpione przez miliony lat. Coś starszego od ludzkiej historii. Coś, czego twórcy zniknęli, pozostawiając po sobie jedynie ślady ukryte pod kilometrami skał. Planeta może eksplodować geologiczną furią, która zetrze ludzką kolonię z powierzchni wszechświata. Jednak wraz z nadchodzącą katastrofą pojawia się niewiarygodna możliwość. A jeśli Mars nie próbuje zniszczyć swoich mieszkańców? A jeśli próbuje się odrodzić? „CZERWONA GORĄCZKA” to trzymający w napięciu thriller science fiction pełen zagadek, odkryć i sekretów ukrytych pod powierzchnią obcego świata. To opowieść o planecie, która nie jest tak martwa, jak sądziliśmy, i o ludziach zmuszonych podjąć decyzję, od której może zależeć przyszłość całego gatunku. Bo największe tajemnice Marsa nie znajdują się na jego powierzchni. One czekają w ciemności. I właśnie się przebudziły. Materiały otrzymujesz na swój email w PDF. Możesz od razu je wydrukować, albo w ustawieniach PDF odszukać opcję lektora i słuchać jako audiobook. 207 stron. Fragment książki: Usiadł przy głównym stanowisku i ponownie otworzył zestaw nocnych raportów. Przeszedł do danych z Theta-9. Na pierwszy rzut oka nic dramatycznego. Temperatura nominalna w głębokich sekcjach wzrosła o niecałe półtora stopnia względem średniej z ostatnich dwóch tygodni. Sam wzrost nie był alarmujący. Problem polegał na tempie i rozkładzie. Ciepło nie rozchodziło się tak, jak przewidywał model przewodnictwa. Zamiast płynnej zmiany pojawiały się punktowe skoki, jakby coś pulsowało w głębi skały. Adrian zmarszczył brwi i przywołał korelacje z mikrosejsmiką. Tu również odchylenie było subtelne, ale obecne. Nie tyle wzrost liczby mikrowstrząsów, co zmiana ich charakteru. Krótsze impulsy. Ostrzejsze. Zgrupowane na wąskim obszarze poniżej południowo-wschodniej granicy fundamentów miasta. – Dobrze – mruknął do siebie. – Albo czujniki kłamią, albo planeta zaczęła mówić. Uruchomił procedurę weryfikacyjną. Porównał odczyty z sąsiednich linii pomiarowych. Sprawdził kalibrację. Wykluczył fluktuacje zasilania, opóźnienia transmisji i znane błędy algorytmu kompresji. Wynik pozostał ten sam. Anomalia była realna, choć jeszcze mała. Na tyle mała, że większość analityków odłożyłaby sprawę do obserwacji. Adrian nie lubił odkładać rzeczy, które nie mieściły się w logice systemu. Na kolejnym ekranie wywołał mapę trójwymiarową podłoża pod Eos Prime. Warstwy skał ułożyły się w model przypominający gigantyczny przekrój organizmu. Płynne kontury komór miejskich. Głębiej ciemniejsze strefy, znaczone siatką odwiertów. Jeszcze niżej obszary nie w pełni poznane, gdzie dane interpolowano z ostrożnością i odrobiną naukowej pokory. Adrian powiększył sektor związany z Theta-9 i naniósł na model najnowsze odchylenia termiczne. Na obrazie pojawiła się smuga. Wąska, nieregularna, przesunięta względem przewidywanych struktur przewodzących. Wyglądała niepokojąco naturalnie, a to w nauce często znaczy gorzej niż awaria urządzenia. Maszyna psuje się według katalogu możliwych usterek. Natura psuje spokój w sposób twórczy. Adrian odchylił się w fotelu. W laboratorium było słychać tylko cichy szum chłodzenia procesorów i odległy, stały pogłos instalacji wentylacyjnych. To właśnie wtedy poczuł coś, czego nie lubił najbardziej: nie strach, jeszcze nie, ale przeczucie, że dane układają się w historię szybciej, niż człowiek jest gotów jej wysłuchać. Wysłał krótkie zapytanie do archiwum o analogiczne wzorce z poprzednich miesięcy. System odpowiedział po chwili. Brak pełnej zgodności. Kilka słabych podobieństw. Żadne nie dotyczyło obszaru tak bliskiego głównej infrastrukturze kolonii. Zawahał się sekundę, po czym otworzył kanał do Leny Ortiz. Jej obraz pojawił się niemal natychmiast. Była w korytarzu serwisowym, w kasku, z twarzą lekko umazaną grafitowym pyłem. Wyglądała, jakby właśnie wygrała kłótnię z ciężkim sprzętem. – Jeśli dzwonisz, żeby powiedzieć, że temperatura znowu ma uczucia, to jestem zajęta – rzuciła. – Theta-9. Mam lokalne wzrosty i nieregularne impulsy sejsmiczne. Nie wyglądają na błąd. Potrzebuję potwierdzenia z warstwy mechanicznej. Jej mina zmieniła się ledwie dostrzegalnie. Żart zniknął pierwszy. – Jak blisko fundamentów? – Bliżej, niż bym chciał mówić przez otwarty kanał. – To nie brzmi jak twój standardowy poziom dramatyzmu. – Właśnie dlatego dzwonię. Lena westchnęła. – Daj mi dziesięć minut. Zepnę ekipę i sprawdzę integralność osłon odwiertu. Jeśli to znowu czujnik, osobiście każę mu cię przeprosić. – A jeśli nie? Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa. W tle ktoś przeszedł za jej plecami z wiązką przewodów. – To wtedy przestaniemy udawać, że to spokojny dzień – powiedziała i rozłączyła połączenie. Adrian jeszcze chwilę wpatrywał się w wygaszony kanał. Potem wrócił do danych. Każda kolejna minuta przynosiła nowe próbki, nowe mikrozmiany, nowe potwierdzenia, że pod powierzchnią ciszy coś pracuje. Niewidoczne. Cierpliwe. Niezgodne z planem. Eos Prime zostało zbudowane po to, by schronić ludzi przed wrogim światem na powierzchni. Tymczasem niebezpieczeństwo, jeśli rzeczywiście nadchodziło, mogło znajdować się nie nad nimi, lecz pod nimi. To była zła wiadomość z kilku powodów. Po pierwsze, ludzie bardzo źle reagują na świadomość, że podłoże, któremu zaufali, ma własne zamiary. Po drugie, podziemnego miasta nie da się po prostu przesunąć o kilka kilometrów w lewo. Anomalia sama w sobie nie uruchamiała jeszcze alarmów ogólnomiejskich. Eos Prime miało rozbudowaną hierarchię zagrożeń, bo bez hierarchii każda usterka ekspresu do kawy mogłaby wywoływać panikę porównywalną z dekompresją. Adrian znał procedury i wiedział, że jest dopiero na etapie wymagającym ostrożności, nie histerii. Problem polegał na tym, że jego intuicja zawodowa zaczynała biec szybciej niż protokoły. Po trzydziestu minutach otrzymał wstępny raport od Leny. Mechaniczne osłony odwiertu Theta-9 były szczelne. Nie wykryto uszkodzeń przewodów ani nieprawidłowości zasilania. Dodatkowo czujniki naprężeń w osłonie zarejestrowały delikatne, rytmiczne impulsy od zewnętrznej strony warstwy zabezpieczającej. To nie był błąd systemu. To było coś, co znajdowało się poza nim. Adrian przeczytał raport dwa razy, jakby liczył, że przy drugim podejściu liczby staną się milsze. Nie stały się. Zgłosił sytuację do centralnego nadzoru infrastruktury, używając najspokojniejszego języka, na jaki było go stać. W praktyce jego „najspokojniejszy język” i tak brzmiał dla urzędników jak preludium do katastrofy. Odpowiedź przyszła szybko: kontynuować obserwację, zwiększyć częstotliwość próbkowania, przygotować rekomendację poziomu ostrożności. Standard. Rozsądek administracyjny. Czyli innymi słowy: dopóki coś nie zacznie naprawdę płonąć, prosimy nie straszyć mieszkańców. W tym samym czasie po kolonii płynęło zwykłe życie. Na Agorze rozpoczęła się wystawa prac dzieci z sektora edukacyjnego. W hydroponice zbiory sałaty przekroczyły plan. W medycznym ktoś świętował narodziny zdrowej dziewczynki, drugiego dziecka w tym kwartale. Na powierzchni burza pyłowa zbliżała się do zewnętrznych instalacji jak ogromna, ruda zasłona. A głęboko pod skałami, w miejscu, gdzie według wszystkich modeli miała panować przewidywalna martwota geologiczna, temperatura rosła w dziwnym rytmie. Adrian nie miał zwyczaju dramatyzować, ale też nie lubił kłamać samemu sobie. Kiedy więc zobaczył trzeci zestaw danych z tym samym wzorcem pulsacji, poczuł chłód przebiegający wzdłuż karku. To nie miało prawa wyglądać tak regularnie. Natura bywa chaotyczna, owszem. Bywa też przerażająco uporządkowana, kiedy podąża za procesem, którego człowiek jeszcze nie rozumie. Wstał od stanowiska i przeszedł kilka kroków po laboratorium. To był jego stary nawyk. Kiedy myślał, potrzebował ruchu, choćby ograniczonego do kilku metrów między konsolą a ścianą z mapami geologicznymi. Na jednej z nich widniał przekrój regionu osadniczego. Linie dawnych potoków lawowych. Strefy zagęszczeń minerałów. Pęknięcia, uskoki, komory po dawnych procesach wulkanicznych. Mars nie był martwy w prostym sensie tego słowa. Był raczej uśpiony w sposób, który geologów uczy pokory. Na wewnętrznym kanale pojawiła się wiadomość od dyżurnego sejsmologa z poziomu minus osiem. Krótka, ale nieprzyjemna. Wykryto nowe impulsy niskiej amplitudy w sektorze południowo-wschodnim. Charakterystyka zgodna z danymi z Theta-9. Proszę o wspólne porównanie modeli. Adrian odpowiedział natychmiast i zsynchronizował bazy. Wynik tylko pogorszył sytuację. Teraz już dwa niezależne systemy wskazywały ten sam obszar. Coś tam się działo. Coś termicznego. Coś mechanicznego. Coś, co nie powinno mieć miejsca tak blisko kolonii zbudowanej na założeniu, że głębokie warstwy regionu są stabilne w skali wielu dekad. Drzwi laboratorium otworzyły się z sykiem. Lena weszła szybko, bez pukania, z tabletem w dłoni i miną człowieka, który już wie, że dzień zrobił się gorszy. – Powiedz mi, że masz genialne wyjaśnienie i że zaraz wracam do normalnych awarii – rzuciła. – Mam trzy wyjaśnienia – odparł Adrian. – Żadne nie jest genialne. Stanęli nad projekcją modelu. Adrian wskazał strefę pulsacji. – Albo mamy lokalną reakcję cieplną w porowatych warstwach, której nie przewidzieliśmy. Albo mikrouskok otwiera drogę dla gazów z głębszej kieszeni. Albo… – Albo? – Albo pod tym sektorem istnieje struktura, której nie zmapowaliśmy poprawnie. Lena zagwizdała cicho. – Wspaniale. Czyli do wyboru: problem, większy problem albo kompromitacja wszystkich zespołów geologicznych z ostatnich dwunastu lat. – Dziękuję za podniesienie morale. – Od tego właśnie tu jestem. Przez chwilę oboje milczeli, patrząc na pulsującą smugę na ekranie. Świat nauki ma ten szczególny moment ciszy, kiedy dane przestają być abstrakcją, a zaczynają przypominać czyjąś obecność. Nie dosłownie. Raczej jak ślad stóp na śniegu, który mówi: coś tędy przeszło, a ty właśnie zrozumiałeś, że nie powinno. – Musimy powiadomić Radę Operacyjną – powiedziała Lena. – Powiadomiłem nadzór. Czekają na rekomendację. – To daj im taką, której nie będą mogli zignorować. Adrian skinął głową. Usiadł i zaczął formułować raport. Nie lubił języka alarmowego, ale jeszcze bardziej nie lubił języka, który usypia czujność. W kolejnych zdaniach precyzyjnie opisał wzrost temperatury, niestandardowy wzór dystrybucji ciepła, zgodność z impulsami sejsmicznymi i potencjalne ryzyko dla fundamentów południowo-wschodniej części infrastruktury. Każde słowo ważył tak, jakby od jego masy zależała przyszłość miasta. Bo w pewnym sensie właśnie tak było. Kiedy wysłał dokument, spojrzał odruchowo na sufit laboratorium, choć wiedział, że nad nim znajduje się wiele metrów skały, kilka poziomów korytarzy i całe życie Eos Prime. Ludzie pracowali, jedli, śmiali się, planowali wieczór. Ktoś właśnie zapewne narzekał na jakość kawy. Ktoś inny prowadził dziecko do sali edukacyjnej. Ktoś odbierał wiadomość z Ziemi z trzydziestominutowym opóźnieniem i udawał, że to nadal rozmowa na żywo. A głęboko pod nimi coś budziło się do ruchu. To była dopiero pierwsza rysa. Cienka. Prawie niewidoczna. Tego rodzaju rysa, którą łatwo zignorować, jeśli człowiek bardzo chce wierzyć, że wielki projekt ludzkości jest bezpieczny, bo przecież musi być bezpieczny. W końcu zainwestowano w niego tyle pracy, tyle pieniędzy, tyle dumy. Problem z rzeczywistością polega jednak na tym, że nie interesuje jej skala ludzkiego wysiłku. Skała nie szanuje budżetu. Temperatura nie czyta raportów. A Mars, jak Adrian powiedział rano, nie współpracuje. Mars jedynie toleruje. Tego dnia tolerancja planety zaczęła się kończyć.

AI Readiness

Good foundation, but some important product data is still missing.

70%