Missing product image

Analiza pożaru przy ul. Marywilskiej w Warszawie 12-14 maja 2024, czyli co się dzieje, gdy brak pod ręką obrazów św. Agaty

12.00 PLN In stock Buy at Merchant

Dział: STREFA POŻAROWA Autor: Paweł Rochala Autor dziękuje niniejszym kierownictwu Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej (dalej PSP) oraz Komendy Miejskiej PSP m.st. Warszawy za udostępnienie obszernych materiałów dotyczących opisywanego pożaru. Gest ten świadczy nie tylko o otwartości służby na potrzeby społeczeństwa, ale również o jej zdrowej odporności na konstruktywną krytykę.>/i> Pożar przy Marywilskiej za sprawą kilku przyczyn zapisał się jako jeden z najbardziej widowiskowych, choć nie był wyjątkowym zjawiskiem – nieco mniejsze widzimy co miesiąc. Z uwagi na jego stołeczność dobrze go sfilmowano i nagłośniono, a do walki z nim rzucono wszystko, co PSP ma lub uważa za najlepsze – tak środki, jak siły (niektóre siły rzuciły się same). Już początek zdarzenia był imponujący. Na tyle, że dowódca jednego z pierwszych zastępów na widok ściany ognia długiej na niemal 250 m ponad otwartym już dachem budynku powiedział całkiem spokojnym głosem do załogi (za to opanowanie zawodowca ma u mnie duże piwo, kimkolwiek jest – byle się zgłosił): „Coś panowie ten monitoring nie zadziałał…” (filmik z YouTube usunięto). Wiemy, że zadziałał. Niestety, nie zadziałały niektóre elementy budynku, bo praw fizyki pan nie zmienisz. Tak więc już na starcie pożar był klęską nie do opanowania, no chyba że zdarzyłby się cud. Ten jednak nie nastąpił – a przydałby się. Bo też kluczowe elementy budynku nie zadziałały zgodnie z przepisami, celowo ustanowionymi rażąco wbrew wiedzy o pożarach i/lub z zaprowadzeniem chaosu semantycznego – innego wyjścia nie ma. A było to tak. JAK WYZNACZONO STREFY POŻAROWE PRZY POMOCY NOWOCZESNYCH CZARÓW W latach 90. XX w. należało uwzględnić, więc uwzględniono w przepisach techniczno-budowlanych [1], „jak najsłuszniejsze” interesy niektórych producentów oraz źle pojęte wszystkich inwestorów. Wielkiemu (zauważmy, że nie średniemu czy małemu) handlowi i przemysłowi należało stworzyć warunki do błyskawicznego budowania interesów po taniości, by łatwo się zwracało i nie żal było porzucić. Głosy sprzeciwu od strażaków lekceważono, a jeśli były nazbyt wyraziste, pacyfikowano. Na różne sposoby. Bo co ważył głos sprzeciwu dyrektora biura z Komendy Głównej PSP, gdy nie wspierał go takiż głos komendanta głównego PSP? Czemuż to, ach czemuż?!… 35 lat obserwowania tych zjawisk z bliska uprawnia mnie do ich ułożenia w kilka reguł. Po pierwsze, komendanci główni PSP oraz 98% pozostałych nijak nie znali się na wadze zapobiegania pożarom, bo na studiach kończyli taktykę (łagodnie rzecz ujmując, stojącą na poziomie co najwyżej technikum). Pod drugie, do zawodowego zapobiegania pożarom odnosili się jeśli nie z wrogością, to z ledwie skrywanym lekceważeniem, choć wyłącznie dzięki niemu mieli władzę na ludźmi i instytucjami, a nie byli naczelnymi dowódcami od zamiatania ulic, jak przed wojną. Po trzecie, nijak nie przeszkadzały im w karierach wielkie pożary, nieudolnie prowadzone akcje czy nawet czyjaś śmierć. Wręcz przeciwnie. W glorii bohaterstwa/niemożności (niewłaściwe skreślić) wykazywali potrzebę zakupów jeszcze większych samochodów gaśniczych i jeszcze dłuższych drabin. Spłonęła od środka wieża kościoła kryta blachą? Po co tam stałe urządzenie gaśnicze (SUG), lepiej kupmy 20 razy droższy podnośnik do działań zewnętrznych – „przydasię”. Tymczasem wracamy do przerwanego wątku. Niewypowiadane na głos uzasadnienie tego, by na terenie Polski zrobić dobrze wielkim tego świata, tkwiło w głowach decydentów i lobbystów, a brało się z dyletanctwa popartego cwaniactwem: nim pożar się zdarzy, obiekt trzy razy zmieni właściciela. Za to na głos mówiono, że nie wolno wstrzymywać rozwoju gospodarczego „tenkraju”. Twierdzący tak ludzie jednocześnie rozprzedawali „tenkraj” obcym za funt kłaków na zasadzie „prywatyzacji”. Tak i doszliśmy do pojęcia strefy pożarowej. Niegdyś stanowiono po bożemu, na podstawie wieloletnich obserwacji, doświadczeń i badań, że granicę strefy pożarowej w poziomie wyznacza odpowiednia odległość lub ściana z materiałów niepalnych na tyle trwała, by pożarowi zabrakło paliwa. No ale jak tu budować tandetnie, jeśli po drodze nie dość, że trzeba murować ściany, to na dokładkę dachy kończyć 30 cm pod ich krawędziami, a przy tym konstrukcyjnie od ścian je oddzielać?! Herezja, a „tenkraj” w potrzebie! Tak i nie dość, że przeforsowano w przepisach największe w Europie strefy pożarowe, to rzucono zaklęcie na ich granice, przez położenie na ścianach oddzielenia przeciwpożarowego (dalej po polsku i po prostu: ściana przeciwpożarowa) dachu, mającego cechę nierozprzestrzeniania ognia. To niewinne w swej uniwersalności sformułowanie, jak najbardziej kojarzące się z materiałami niepalnymi, prawda?… A tu zmyłka, gdyż z definicji dotyczy wyłącznie materiałów palnych. W dodatku ów czar w przepisach techniczno-budowlanych zamieścili czciciele własnych wyłącznie rozumów, a nie sił wyższych. A przecież można było urządzić wszystko jeszcze taniej, co w szczególności nie zmieniłoby niczego. Gdyby tak pożar napotkał obrazy św. Agaty (albo św. Floriana w Małopolsce) wiszące na ścianie przeciwpożarowej co 30 m niczym gaśnice, to z pewnością dobrze by się zastanowił, czy tego rodzaju barierę naruszać. Bez nich lub ich zamienników (nie narzucam wyznania, aby było skuteczne przeciwpożarowo), czyli bez wiary, cudów nie ma. Dowodów dostarczają comiesięczne pożary, wśród nich niniejszym opisywany. […]

How AI sees this product

The more complete this product's details, the more confidently AI assistants can understand and recommend it.

59%