EBOOK: CZERWONY RESET. Marcus Slate. Thriller s-f. (czytaj fragment)

EBOOK: CZERWONY RESET. Marcus Slate. Thriller s-f. (czytaj fragment)

25.00 PLN In stock Buy at Merchant

„CZERWONY RESET” to pełen napięcia thriller science fiction, w którym pętla czasu spotyka kosmiczną eksplorację, a walka o przetrwanie staje się wyścigiem z samą rzeczywistością. Wciągająca akcja, charyzmatyczni bohaterowie i tajemnice, które nie pozwalają odłożyć książki aż do ostatniej strony. Mars nie chce ich zabić. Mars zrobił to już wcześniej. John Rosky budzi się w uszkodzonym statku badawczym na powierzchni Czerwonej Planety. Wokół niego migają alarmy, systemy zawodzą jeden po drugim, a do katastrofalnej awarii pozostało zaledwie kilka godzin. Problem polega na tym, że John pamięta ten dzień. Pamięta ból. Pamięta eksplozję. Pamięta własną śmierć. A jednak żyje. Kiedy kolejne wspomnienia zaczynają przebijać się przez mgłę niepewności, staje się jasne, że załoga utknęła w czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż zwykła awaria. Czas zapętlił się wokół marsjańskiej misji niczym niewidzialna pułapka. Każda porażka kończy się katastrofą. Każda katastrofa resetuje rzeczywistość. Każdy nowy cykl daje szansę na uratowanie załogi… i odkrycie tajemnicy, która nigdy nie powinna zostać odkryta. Wraz z grupą naukowców, inżynierów i specjalistów główny bohater musi rozwiązać zagadkę anomalii czasowej, zanim statek zamieni się w płonący grobowiec na powierzchni Marsa. Problem w tym, że fizyka zdaje się łamać własne prawa, wspomnienia nie wracają wszystkim jednakowo, a każda odpowiedź rodzi jeszcze bardziej niebezpieczne pytania. Dlaczego niektóre wydarzenia powtarzają się niemal identycznie, a inne zmieniają się przy każdym cyklu? Kto lub co naprawdę kontroluje pętlę? I ile razy można umrzeć, zanim zacznie się tracić samego siebie? „CZERWONY RESET” to porywająca mieszanka thrillera science fiction, tajemnicy kosmicznej i walki o przetrwanie. To opowieść o ludziach zmuszonych stawić czoła nie tylko bezlitosnemu środowisku obcej planety, ale także własnym błędom, lękom i konsekwencjom technologii, która wymknęła się spod kontroli. Pełna napięcia akcja, błyskotliwe dialogi, naukowe zagadki, wyraziste postacie i atmosfera nieustannego zagrożenia sprawiają, że od pierwszej strony czytelnik zostaje wciągnięty w śmiertelny wyścig z czasem. Dosłownie. Bo kiedy czas staje się wrogiem, każda sekunda może być ostatnią. Lub pierwszą. Znowu. Materiały otrzymujesz na swój email w PDF. Możesz od razu je wydrukować, albo w ustawieniach PDF odszukać opcję lektora i słuchać jako audiobook. 206 stron. Fragment książki: Najpierw był dźwięk. Nie światło, nie ból, nawet nie strach. Dźwięk. Cichy, uparty, mechaniczny puls, który wbijał się w świadomość z cierpliwością kroplówki. Pik. Przerwa. Pik. Przerwa. Pik. Jakby ktoś w nieskończoność sprawdzał, czy jeszcze żyje, a potem, lekko rozczarowany, sprawdzał znowu. John otworzył oczy i od razu pożałował tej decyzji. Powieki miał ciężkie, gardło suche jak popiół, a język smakował metalem i czymś kwaśnym, co kojarzyło mu się z filtrowaną wodą po trzech awariach systemu. Nad nim migotał panel medyczny. Zielone światło walczyło tam z czerwonym, jakby urządzenie samo nie mogło ustalić, czy pacjent wymaga ratunku, czy już raczej minuty ciszy. Spróbował usiąść. Świat odpowiedział ciosem w skroń. Ból rozlał się po głowie powoli i nieubłaganie. John syknął, opadł z powrotem na pryczę i przez chwilę oddychał płytko, ostrożnie, jak człowiek, który boi się, że zbyt głęboki wdech uruchomi coś jeszcze gorszego. W powietrzu unosił się zapach spalonej izolacji, plastiku i marsjańskiego pyłu. To był zapach, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Mars pachniał jak obietnica nauki połączona z kosztowną pomyłką. Sucho. Chemicznie. Obco. I jeszcze ten pył. Czerwony, drobny, wszechobecny. Był na panelach, na podłodze, na rękawie jego kombinezonu, a nawet, co wydało mu się szczególnie bezczelne, na jego wargach. Mrugnął kilka razy i dopiero wtedy zorientował się, że leży nie w swojej koi, lecz w przedziale medycznym statku badawczego. Tyle że przedział medyczny wyglądał tak, jakby miał za sobą bardzo zły dzień, a potem jeszcze komisję śledczą. Szafka z opatrunkami wisiała krzywo. Na podłodze leżały rozbite ampułki. Nad wejściem przerywała iskrami listwa oświetleniowa. John uniósł rękę do skroni. Natrafił na plaster regeneracyjny. Świeży. Założony niedawno. Ale przez kogo? — Halo? — wychrypiał. Głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś starszego, bardziej zmęczonego i zdecydowanie mniej zachwyconego eksploracją kosmosu. Nikt nie odpowiedział. Odwrócił głowę w stronę iluminatora awaryjnego. Za grubą szybą, matową od pyłu, rozciągał się Mars. Czerwony, spokojny, majestatyczny. Tak spokojny, że człowiek odruchowo chciał go oskarżyć o współudział. Niebo miało kolor przygaszonej rdzy. W oddali piętrzyły się skały, nieruchome jak wspomnienia. W pobliżu widać było fragment poszycia statku, wbity w grunt pod dziwnym kątem. Wspomnienia. To słowo otworzyło drzwi, których John wolałby jeszcze nie otwierać. Krzyk. Alarm. Gwałtowne szarpnięcie przy zejściu na orbitę. Głos kapitan Idy Werd, chłodny mimo przeciążenia. Nawigator Malik przeklinający po arabsku, polsku i chyba w jeszcze dwóch językach, których nigdy nie przyznał, że zna. Doktor Chen zapiętą w fotel tak mocno, jakby spodziewała się, że jeśli puści pasy, wypadnie prosto w złą decyzję. Potem błysk. Potem coś uderzyło w kadłub. Potem… Potem nic. John poderwał się gwałtowniej, niż pozwalał mu rozsądek. Tym razem udało się usiąść. Świat wirował, ale już bez tamtej brutalnej pewności siebie. Oparł stopy o podłogę i przez chwilę siedział, łapiąc rytm oddechu. — Dobrze — mruknął do siebie. — Jeśli mój mózg działa, to albo mam szczęście, albo medbay wreszcie zrobił coś pożytecznego. Pik. Przerwa. Pik. Na bocznym monitorze migał komunikat diagnostyczny. John zmrużył oczy i przeczytał go dwa razy, bo za pierwszym uznał, że to skutek urazu głowy. Dziennik pokładowy: Sol 18. Godzina 06:12 czasu bazy. Status: początek cyklu. Cyklu? Sięgnął po panel i dotknął ekranu. Komunikat nie zniknął. Przeciwnie, rozwinął się, jakby tylko na to czekał. Przebudzenie personelu: aktywne. Ostrzeżenie: integralność sekcji centralnej zagrożona. Szacowany czas do zdarzenia krytycznego: 09:47:13. John znieruchomiał. Dziewięć godzin? Do czego? Do awarii reaktora? Do eksplozji zbiorników? Do rozszczelnienia? Umysł próbował skleić fakty, ale kawałki układanki były wyszczerbione. Co gorsza, pewna część jego świadomości, ta najbardziej nieuprzejma, szeptała, że przecież już to widział. Już ten ekran czytał. Już tę godzinę znał. — Nie — powiedział głośniej, niż planował. Bo właśnie wtedy przyszło drugie uderzenie pamięci. Nie obraz. Nie scena. Uczucie. Twarda, lodowata pewność, że ten moment nie jest pierwszy. Że już budził się z bólem głowy i czerwonym pyłem na ustach. Że już patrzył na ten sam komunikat. I że za każdym razem kończyło się to samo. Katastrofą. Roześmiał się krótko, sucho, bez cienia radości. To był śmiech człowieka, który chciałby, aby rzeczywistość okazała się jedynie bardzo drogim żartem produkcyjnym. — Fantastycznie — szepnął. — Jestem na Marsie, statek jest rozwalony, system mówi do mnie zagadkami, a ja mam deja vu wielkości małej kolonii. Spróbował wstać. Tym razem ostrożnie. Udało się. Kolana drżały, ale utrzymały ciężar. Ruszył do drzwi, chwytając po drodze wiszący na poręczy identyfikator. Spojrzał na własne nazwisko i zdjęcie zrobione jeszcze na Ziemi. W tamtym ujęciu wyglądał na człowieka, który wierzy, że największym problemem misji będzie brak dobrej kawy. John z fotografii był naiwny. John obecny miał twarz obitą przez rzeczywistość. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze raz. Odruchowo spojrzał za siebie, na koję, monitor i migoczący czas. Dziewięć godzin, czterdzieści siedem minut. Nie wiedział jeszcze, co wydarzy się na końcu odliczania. Nie wiedział, kto przeżył. Nie wiedział nawet, czy naprawdę traci rozum, czy tylko kontakt z bardziej optymistyczną wersją fizyki. Wiedział jedynie, że musi znaleźć innych. I że Mars, ten piękny cmentarz marzeń, dopiero zaczynał z nim rozmowę. Drzwi medbayu rozsunęły się z jękiem, jakby statek protestował przeciwko używaniu jakiejkolwiek mechaniki po tym, co przeszedł. Za nimi ciągnął się główny korytarz sekcji mieszkalnej. Oświetlenie awaryjne barwiło wszystko na pomarańczowo i czerwono, co na Marsie wydawało się szczególnie złośliwe. Jakby planeta zainstalowała sobie motyw przewodni i uparła się, że każdy element scenografii ma z nim współgrać. John ruszył wolno, jedną dłonią prowadząc się po ścianie. Wibracje przechodziły przez metal w nierównych falach. Gdzieś daleko pracował generator podtrzymania. Gdzieś bliżej syczał nieszczelny przewód. Korytarz był zawalony drobiazgami, które jeszcze wczoraj miały nazwy i przeznaczenie, a dziś były po prostu przeszkodami. Kubek przyssany do podłogi zaschniętym napojem proteinowym. Rozpruty pojemnik z zestawem do kalibracji czujników. Tablet z pękniętym ekranem, na którym zamarł uśmiech członka załogi z reklamy procedur bezpieczeństwa. To akurat John uznał za wyjątkowo niestosowne. — Jeżeli ktokolwiek zginął przez ten filmik szkoleniowy, to składam oficjalną skargę — mruknął. Jego głos brzmiał dziwnie mało przekonująco w pustce statku. Pustka miała własną akustykę. Połykała pewne dźwięki, a inne zwracała z opóźnieniem. Każdy krok Johna brzmiał trochę jak ślad kogoś, kto idzie tuż za nim. Za trzecim razem obejrzał się przez ramię, wiedząc, że to głupie. Nikogo nie było. Na ścianie przy włazie do mesy dostrzegł ślady osmalenia. Nie powierzchowne, ale głębokie, czarne, jak po krótkim, gwałtownym pożarze. Dotknął ich opuszkami palców. Sadza starła się łatwo. Ciepła już nie było, ale w pamięci ciała pojawił się impuls. Znów ten sam, niemożliwy błysk wspomnienia. Ktoś krzyczy jego imię. Nie z daleka. Tu. W tym korytarzu. Potem podmuch. Potem ciemność. John cofnął rękę, jakby ściana mogła go ugryźć. — Dobra. Albo pamiętam przyszłość, albo przeszłość ma ze mną wyjątkowo toksyczną relację. Mesa była pusta. Jedno z krzeseł tkwiło wbite w panel żywieniowy. Automat do dań liofilizowanych wyświetlał wciąż pogodny napis: Smak domu, nawet 225 milionów kilometrów od domu. John patrzył na to kilka sekund, po czym parsknął śmiechem. — Jeśli dom smakuje jak sos pieczarkowy z nutą rozpaczy, to owszem. Na blacie leżał notatnik kapitan Idy. Prawdziwy, papierowy. W misji, w której każde sto gramów ładunku było dyskutowane przez miesiąc, papierowy notatnik był ekstrawagancją graniczącą z buntem. John znał ten przedmiot. Ida twierdziła, że elektronika jest doskonała do danych, ale fatalna do myślenia. Otworzył zeszyt. Kilka stron było pustych. Na kolejnej widniała lista punktów zapisanych drobnym, zdecydowanym pismem. Stabilizacja sekcji reaktora Test zaworu ciśnieniowego B-12 Kontakt z orbiterem opóźniony o 14 min 22 s Nie ufać odczytom po burzy pyłowej Porozmawiać z Johnem o anomalii czasowej John wpatrywał się w ostatni punkt tak długo, aż litery zaczęły się rozmazywać. Porozmawiać z Johnem o anomalii czasowej. Nie przypominał sobie takiej rozmowy. A jednak w środku coś ścisnęło się z rozpoznaniem. Nie pełnym. Nie czystym. Raczej jak sen, z którego po przebudzeniu zostaje tylko jedno zdanie i bardzo nieprzyjemna pewność, że było ważne. Usłyszał trzask z interkomu. Szum. Potem głos, urwany przez zakłócenia. — …słyszy… ktoś… sekcja… powtarzam… John dopadł do panelu przy ścianie i uderzył dłonią w przycisk aktywacji. — Tu Rosky! Kto mówi? Zakłócenia zawyły przeciągle. Potem odpowiedź przebiła się przez szum. — …Malik. Jestem w nawigacyjnej. Jeśli to naprawdę ty, to rusz się. Mamy problem. — Patrząc wokół, zawęź proszę, który dokładnie. Przez chwilę panowała cisza. Potem nawet przez trzaski dało się wyczuć irytację. — Ten, który wybuchnie. Połączenie urwało się. John odsunął się od interkomu z miną człowieka, który nie dostał potrzebnych informacji, ale za to otrzymał wystarczająco dużo powodów do pośpiechu. Malik żył. To było coś. Jeśli nawigator był w nawigacyjnej, to trzeba było przedostać się przez sekcję centralną, a to oznaczało minięcie części statku, która zwykle nie lubiła, gdy ludzie wchodzili do niej bez zaproszenia, a po katastrofie zapewne lubiła to jeszcze mniej. Przy drzwiach do dalszego korytarza leżał hełm EVA. Pęknięty wizjer, ale uszczelki całe. John podniósł go i odruchowo obejrzał. Na bocznej części była naklejka z ręcznie dorysowanymi wąsami na logo misji. Tylko jedna osoba robiła takie rzeczy. Olga, inżynier systemów zasilania, specjalistka od plazmy i patronka najgłupszych żartów na dwóch planetach. Jeśli hełm należał do niej, a leżał tutaj, to były dwie możliwości. Pierwsza: Olga gdzieś biegała, żywa, w zapasowym sprzęcie. Druga: John nie chciał jeszcze myśleć o drugiej. Schował hełm pod ramię i ruszył dalej.

AI Readiness

Good foundation, but some important product data is still missing.

70%